niedziela, 13 października 2013

Rozdział 1. "Na zawsze. Choć wypierali się tego i bronili przed tym."

Valencia siedziała na łóżku przed laptopem i uśmiechała się do monitora. Pisała z José, jutro mieli się spotkać. Pierwszy raz od dwóch lat, co bardzo ją stresowało, ale próbowała pocieszyć się tym, że znają się 7 lat i to prawie na wylot, więc nie powinna przeszkadzać jej ta długa przerwa. Niezależnie od tego co sobie wmawiała, to na myśl o tym, że zobaczy miłość swojego życia po takim czasie, zaczynał ją boleć brzuch. Przypomniał jej się jego głos. Jego oczy, włosy... Pewnie od kiedy go ostatnim razem widziała bardzo się zmienił.
 Zaczęła się śmiać do ekranu. "Co? Hahaha, ale on jest durny!" myślała.
--

Skarb: Staniesz wryta w ziemię i nawet nie będziesz oddychać? :D
Ja: Nie wiem. Azot mi pomoże i dostanę głupawki. xD
Skarb: Jak to... Nie będziemy sami? :O
Ja: Ja piernicze. Azot xD
Skarb: Aaaaa...
Jestem głupi.
I zboczony.
Serio mnie chcesz?
Ja: Chcę.
Skarb: ♥
Ja: Ja też jestem głupia i zboczona, i co, i żyję.
Skarb: To się dobraliśmy. :D
--
Następnego dnia się spotkali. Było lepiej niż się spodziewała. Szli wolnym krokiem po okolicy, w której mieszkała Vali. Rozmawiali, śmiali się, trzymali za ręce... i tak dalej. Nogi jej już zamarzały, dosłownie, więc powiedziała mu, że musi wracać do domu, choć wcale nie chciała, ale w związku z tym, że ledwo się trzymała na nogach, to... niestety. Przytuliła go mocno na pożegnanie.
 - Nie puszczę Cię. - stwierdziła uśmiechając się przy tym.
 - Będziesz musiała... Szkoda... - dał jej buziaka w usta.
 - Tak... Muszę iść bo zaraz zamienię się w kostkę lodu. To pa! Do zobaczenia! - powiedziała i ruszyła skrótem w stronę szeregowców. Nie mogła przestać o nim myśleć. Przyśpieszyła trochę, bo chciała jak najszybciej znaleźć się u siebie w ciepłym pokoju, najlepiej pod kołdrą z ciepłą herbatą i książką.
Przez następne dni pisali ze sobą, ale się nie spotykali. Ich ostatnia rozmowa odbyła się 7 lutego wieczorem, gdy była u taty i wygłupiała się nagrywając różne dziwne filmiki wraz z Elicią, jej przyszywaną siostrą, która była od niej o 2 lata starsza. Nie pisał do niej przez tydzień. Rozumiała to, ostatnio gdy nie pisał kilka dni to okazało się, że miał po prostu mega dużo roboty w domu i w szkole. Jednak gdy zaczęły mijać kolejno dwa tygodnie, i trzy, i cztery... Coś było nie tak. Miał ją w dupie. Kompletnie ją olał. Postanowiła do niego napisać w marcu, że to koniec. Nie odzywał się prawie miesiąc, więc może wypierdalać w podskokach bo poczuła się totalnie zignorowana. Na całej linii. "Tak się traktuje kogoś, kogo się kocha? Właśnie tak? Jeżeli to prawda, to ja nie chcę żeby ktokolwiek mnie kochał". Odezwał się wieczorem.
--
Skarb: Hej... Udało mi się odzyskać dostęp do tego konta. Słuchaj, ostatnio dużo myślałem i stwierdziłem, że zachowałem się jak szczeniak. I jeśli uda mi się Cie przeprosić to było by cudownie. Nie nie pisałem dlatego, że chciałem zerwać czy coś... bo bym to inaczej załatwił. Nie pisałem, bo miałem intensywne 4 tygodnie i w pewnym momencie skupiłem się tylko na szkole.
Ja: Ekstra, a czy ja pisałam, że ty zrywasz?
Skarb: No, coś takiego odczułem... Wiem, że nie powinienem się tak długo nie odzywać, przepraszam.
Ja: Od kiedy to tylko od Ciebie zależy? Ja zrywam.
Skarb: Jest to Twoja decyzja. Szanuję.
Jak będziesz mnie potrzebować, pisz.
Ja: W czym niby?
--
Na tym się skończyła bajka. Na jakiś czas.
"Muszę zmienić jego nazwę. Nie mogę na to patrzeć. 'Skarb'? Co to niby ma być?!" Pomyślała, choć w głębi duszy ciągle go kochała.
W życiu Valencii, jak i José zaczynały się nowe, inne historie, inne problemy, nowe znajomości, nowe przyjaźnie, zauroczenia, kłopoty, nowo wylane morza łez, uzależnienia, wszystko się zmieniło.
Oni się zmienili.

Zaczęła się spotykać z Nohemi częściej. Były parą, przez kilka miesięcy. Oczywiście przez te kilka miesięcy działo się więcej niż ktokolwiek mógł w ogóle przypuszczać. Nie, nie chodzi tylko o Emi. Bardziej o przyjaciół, o zmiany w niej samej, o tym czego się nauczyła na własnych błędach. Z resztą to co działo się w życiu pana Cordero też nie było kolorowe, ani godne naśladowania. Jedyne co ich łączyło, to to, że oboje nie zapomnieli o sobie, a w ich sercach już były wyryte inicjały "VL + JC". Na zawsze.  Choć wypierali się tego i bronili przed tym jak tylko się dało. Próbowali zapomnieć, zakopać to piaskiem nowych wspomnień, dokładać na to nowych problemów, załatać te inicjały innymi ludźmi. To wszystko na marne. Ich starania nic nie pomogły.

Chociaż Valencia przez pewien czas myślała, że naprawdę kocha Nohemi, była tego pewna. Spotykały się, przytulały, całowały, trzymały za ręce... Myślała, że Emi też ją naprawdę kocha, póki nie pojawił się w ich życiu Tomas, który rozwiał jej 100% pewność jak wiatr spadające liście...
--
P.

czwartek, 10 października 2013

Prolog. "Jak to się zaczęło?"

Cześć. Jestem Valencia, chodzę do drugiej klasy liceum, mam psa, kota, brata też można zaliczyć do zwierząt. Małpa.
Jak to się zaczęło?
Trzecia klasa podstawówki. Mała, głupiutka, 9-letnia dziewczynka o krótkich brązowych włosach i oczach, które miały specyficzny kolor - zielony zmieszany z błękitnym i szarym, w których zawsze plątały się iskierki szczęścia.
 - Valencia! - dziewczynka odwróciła wzrok od gry komputerowej. - Mogę teraz skorzystać z komputera? Niedługo pograsz znowu.
 - Dobrze. - odpowiedziała szybko i usiadła na pomarańczowo-kremową kanapę, która była pokrywa narzutą z 2 rudymi kotkami. Mimo to, że była naprawdę malutka, zaczynali podobać jej się chłopcy... a zwłaszcza taki jeden José. "Fajnie by było, jakby teraz do mnie napisał... Albo jakbym go spotkała i jakby się okazało, że też mu się podobam..." mówiła do siebie w myślach. Gdy mama oddała brązowowłosej komputer, z zaciekawienia zrobiła sobie komunikator GG. Pytała przez telefon by podawali swoje numery. Oczywiście José też się tam znalazł... i od razu do niej zaczął pisać. Tak to się wszystko zaczęło. Byli razem w trzeciej klasie, w czwartej klasie do połowy wakacji i w piątej klasie przez pierwszy miesiąc szkoły. Całą szóstą klasę nawet nie utrzymywali kontaktu.
Do czasu.
Sylwestra.
Które spędziła u Nohemi w pierwszej klasie gimnazjum. Podkochiwała się w niej, tak, tak, jest biseksualna i tak, tak Emi o tym doskonale wiedziała. Jednak nie mogła zapomnieć o José i myślami często do niego wracała.
 - No i jak wyglądam? - powiedziała Nohemi paradując w obcisłej, różowej sukience balowej.
 - Super. Ja swojej nie założę. Wyglądam w niej jak babcia! - parsknęły śmiechem.
 - No weź! Nie chcę być sama w sukience... - zrobiła minę zbitego psa, a Valencia tylko przewróciła oczami.
 - To się przebierz. JA tego NIE WŁOŻĘ! - w końcu Nohemi się poddała i założyła szarą bluzkę, a Valencia została w swojej zielonej.
 Chciała zapomnieć, no i prawie jej się to udało, ale podczas wygłupów z Nohemi on nagle napisał. Nie mogła uwierzyć. Spytał się jak jej mijają sylwestra... Tak się zaczęło, potem rozmowa zaczęła schodzić na inne tematy, aż w końcu Vali otworzyła szeroko oczy. "Co?! Jak to? On... José...". On nadal coś do niej czuł. Za kilka minut północ. Poszły po szampana i na balkon. Zaczęła się fala fajerwerków.
 - Naprawdę? Ty też go kochasz? Znowu? - spytała Nohemi, uśmiechając się i popijając w międzyczasie.
 - Właśnie... chodzi o to, że tak naprawdę to nie przestałam.
 - Na serio?! Poważnie?! Jejku... kto wie... Może już znalazłaś swojego księcia z bajki? - uśmiechnęła się do mnie, a ja to odwzajemniłam. "Kto wie... Może...".
--
Krótkie, bo prolog. Rozdziały będą dłuższe. O wiele. :)